Chory system zdrowia

Szeroki, w miarę potrzeby szybki dostęp do systemu ochrony zdrowia, to jedna z najważniejszych cech współczesnego państwa. Polityka zdrowotna to jedna z najważniejszych polityk społecznych. W powszechnym odczuciu może nawet ważniejsza od zapewnienia bezpieczeństwa zewnętrznego czy wewnętrznego (armia i policja). Ważniejsza, bo jest konkretna i namacalna, choroba zdarzy się nam niemal na pewno, podczas gdy agresja militarna czy napad – tylko być może.

A teraz truizm: samopoczucie polskiego obywatela w kwestii bezpieczeństwa zdrowotnego ma się marnie. System opieki zdrowotnej jest niewydolny, pęka w szwach, na zabieg ratujący zdrowie czeka się miesiącami, często latami. Nawet lekarz podstawowej opieki zdrowotnej w razie przeziębienia bólu brzucha Obywatela nie przyjmuje od ręki, (choć powinien), najczęściej wyznacza wizytę na „za kilka dni”.

A przecież – myśli Obywatel i ma rację – płacę na ochronę zdrowia składkę zdrowotną, 9,25 procent mojego wynagrodzenia, czyli przeciętnie 1 471,83 zł, co daje rocznie 5 651,96. Mój lekarz podstawowej opieki zdrowotnej dostaje na mnie 159 zł rocznie, czy bywam u niego, czy nie bywam.

Budżet Narodowego Funduszu Zdrowia na 2019 roku (po korekcie w sierpniu) wynosi 92 893 835 zł (czyli prawie 93 miliardów złotych). To chyba dużo pieniędzy myśli Obywatel. To oczywiście niedużo, Obywatelu, bo nakłady na zdrowie w Polsce to dużo poniżej 5 procent PKB (We Francji, Niemczech i Szwecji – ponad 11 procent).

I tę biedę dałoby się lepiej ogarnąć, gdyby nie fatalny system organizacji ochrony zdrowia. Ten system zassie każde pieniądze bez specjalnych efektów i gdyby go zastosować na Saharze, pewnie zabrakłoby niedługo tam piasku.

Konstrukcyjne wady systemu

Wady systemu są, że tak powiem, konstrukcyjne i nienaprawialne w jego ramach. Lifting nic nie da. Trzeba rewolucji. Pierwszym warunkiem takiej rewolucji jest: trzeba przestać się bać. Trzeba przestać się bać lobby lekarskiego, niewielkiego (na tle ponad 100 tysięcznej rzeszy lekarzy), ale dobrze obsadzonego w administracji rządowej (każdego rządu) i w kręgach opiniotwórczych.

To oni są głównymi wrogami reformy systemu. Bo jest im w tym systemowym bałaganie po prostu dobrze. Prywatnych pacjentów (których mają tylko dzięki niewydolności systemu, a tej niewydolności uważnie pilnują) diagnozują w publicznych tomografach, rezonansach itd., skracają im kolejki do zabiegów, a ponadto niemiłosiernie oszukują publicznego płatnika, jakim jest Narodowy Fundusz Zdrowia.

Tu mała dygresja: na internetowej stronie www. pacjent.gov.pl, prowadzącej Internetowe Konto Pacjenta (zachęcam Obywateli, aby stworzyli swoje konto na tej stronie) jest zapisana nasza historia kontaktów z doktorami.

Mój znajomy (mężczyzna) ujrzał w swojej historii kontaktów z systemem, że był na kilku wizytach u ginekologa, że ma swoją położną, że był operowany w Szczecinie na jakąś egzotyczną, dobrze wycenioną chorobę, choć to miasto zna tylko z telewizji.

Oczywiście od tych karygodnych oszustw system się nie zawalił. A zawalił się od podstawowego błędu, jakim jest niedostrzeżenie oczywistej prawdy, że lekarz żyje z tego, iż Obywatel choruje, a nie, że jest zdrowy. I że święto naiwnością jest zakładać, że będzie się troszczył o profilaktykę.

Tymczasem nakłady na profilaktykę są śmiesznie małe w porównaniu z budżetem na leczenie chorób (pozorne ruchy obecnej władzy typu „gabinet dentystyczny w każdej szkole”, ale bez zrefundowania właścicielom szkół, czyli samorządom nakładów na ten cel są skazane na los wsi potiomkinowskich). To naturalne, bo dobra profilaktyka oznacza zdrowego pacjenta, a to przecież uszczerbek w finansach doktorów).

Po tej porcji właściwych Polakom narzekań na służbę zdrowia (mógłbym ciągnąć anegdoty i opisy niewydolności i nieudolności systemu w nieskończoność) czas przejść do  propozycji zmian.

Od razu zaznaczam, że nie warto liczyć na władzę pisowską, iż wprowadzi jakieś reformy w polityce zdrowotnej, że w ogóle stworzy jakąś politykę, albowiem plan i program  zasadniczej naprawy systemu zastąpiła prostym transferem pieniędzy, co oznacza mniej więcej tyle, że kup sobie Obywatelu usługę medyczną na wolnym rynku, my dajemy Ci kasę, a ty martw się sam. I nie zawracaj nam głowy.

Po pierwsze profilaktyka

Po pierwsze: porządna polityka zdrowotna musi na pierwszym miejscu postawić profilaktykę, począwszy od bezpłatnego szczepienia najlepszymi poliwalentnymi szczepionkami, jakie są dostępne na rynku, rzetelne badania przesiewowe wykrywające schorzenia na etapie wykluwania się, cytologia, mammografia dostępna na poważnie, a nie na niby, obowiązkowe prześwietlenia klatki piersiowej (kiedyś takie były).

Filarem profilaktyki powinna być edukacja zdrowotna dzieci, młodzieży i dorosłych, obejmująca m.in. naukę zdrowego stylu życia, zapobiegania chorobom cywilizacyjnym, epidemii chorób niezakaźnych, takich jak cukrzyca i otyłość, a także takim plagom jak alkoholizm, nikotynizm, narkomania.

Ważne miejsce w systemie edukacji powinna zająć wspierana środkami publicznymi nauka zdrowego stylu życia. Należy dbać o ergonomię, tak w przedszkolu, jak w szkole i miejscu pracy. Można jeszcze wymienić wiele innych działań, których uczą na kierunkach zdrowia publicznego. Niech nie zostaną tylko na kartkach podręczników akademickich.

A kto ma tę profilaktykę zdrowia prowadzić i nadzorować, zapyta sceptyczny Obywatel. Odpowiem: to oczywista i naturalna domena samorządów, trzeba tylko dać im pieniądze i instrumenty. A pieniądze są. Jednym z takich naturalnych źródeł jest akcyza z tytoniu i alkoholu.

Akcyza z wyrobów tytoniowych wynosi niemal 20 mld złotych rocznie, z alkoholu tyle samo. Te 40 miliardów to więcej niż wpływy z PIT-u. Dziś te pieniądze toną w przepastnych kasach resortu finansów, choć powinny być zabezpieczeniem programów profilaktycznych i trafić, jako dedykowane, do samorządów. Prozdrowotne inwestycje samorządów, takie jak np. ścieżki rowerowe, otwarte place zabaw i boiska powinny być wspierane przez władzę centralną, a VAT związany z tymi inwestycjami – powinien trafić do samorządów na odtworzenie i dalszy rozwój infrastruktury prozdrowotnej.

Po drugie szpitalnictwo publiczne

Po drugie: polityka zdrowotna musi uzdrowić szpitalnictwo publiczne. Dziś właścicieli szpitali jest wielu; szpitale powiatowe prowadzą starostwa, szpitale specjalistyczne marszałkowie województw, są jeszcze szpitale uniwersytetów medycznych, branżowe (MON i MSWiA), instytutu naukowo-badawcze, prowadzone przez Ministerstwo Zdrowia. Ta wielość podmiotów zarządzających generuje nieopisany bałagan, w którym najlepiej czują się chachmęciarze.

Myślę, że najtrafniejsze byłoby, gdyby gospodarzami szpitali (z wyjątkiem szpitali uniwersyteckich i branżowych, ale tych ostatnich tylko przeznaczonych dla żołnierzy lub policjantów oraz instytutów naukowych) był Marszałek województwa.

Powiaty są za słabe na udźwignięcie tego problemu, a rządowi oddać nie wolno, bo jeszcze bardziej popsuje. Jeden gospodarz, znający region potrafiłby za pomocą samorządów powiatowych i gminnych narysować prawdziwą mapę potrzeb zdrowotnych, zbudować regionalne programy zdrowotne, prowadząc rozsądną alokację poszczególnych specjalności. Nie może być tak, jak jest w nieodległym Pruszkowie, gdzie są dwa szpitale prowadzące internę, co musi spowodować, z braku personelu, określone perturbacje.

W Polsce szpitali jest za dużo i są nieefektywne, bo brakuje szerszego horyzontu. Obecna mapa szpitali powiatowych powstała, gdy trzeba było do szpitala na ostry dyżur dojechać bryczką; dziś tego problemu, w epoce śmigłowców i karetek już nie ma.

Co do finansowania szpitali, a jest to pięta achillesowa, widać dwa zasadnicze problemy: finansowanie świadczeń medycznych i inwestowanie w nowoczesny sprzęt, przede wszystkim diagnostyczny. Najwyższy czas zrobić to, co jest codziennością w innych krajach OECD: wpuścić na rynek uzupełniające i konkurencyjne dobrowolne ubezpieczenia zdrowotne. Ich koszt nie byłby wcale wysoki, gdyby skala ich wykupu były wystarczająco duża.

Do tego jednak należy wreszcie ogłosić, jakie świadczenia są finansowane ze środków publicznych (ze składek i z budżetu Ministra Zdrowia), a jakie powinny być finansowane albo przez pacjenta, albo z jego dobrowolnego ubezpieczenia. Na pewno jednak każdy pacjent razem z epikryzą przy wyjściu ze szpitala powinien otrzymać rachunek, niezależnie od tego, kto go zapłaci; co najmniej uświadomi to ludziom, jaki jest rzeczywisty koszt leczenia.

Natomiast co się tyczy inwestowania w infrastrukturę i sprzęt (a te „zabawki” są raczej drogie) to jeden gospodarz w regionie z całą pewnością będzie bardziej racjonalny i nie musi być tak, żeby w każdym szpitalu co 30 km znajdował się na przykład niedostatecznie wykorzystywany tomograf. Na tzw. Zachodzie jest tak, że trzy tomografy, zlokalizowane w jednym miejscu i pracujące całą dobę zaspokajają diagnostyczne potrzeby pacjentów trzymilionowej aglomeracji.

Po trzecie lekarz rodzinny doradcą

Po trzecie: najbliższa ciału koszula, czyli podstawowa opieka zdrowotna też wymaga radykalnej przebudowy. Chodzi z grubsza o to, by lekarz rodzinny był nie tylko lekarzem  leczącym codzienne „zwykłe” dolegliwości, przysłowiowe przeziębienia, ale przede wszystkim był fachowym doradcą pacjenta, wstępnie diagnozował i umawiał go ze specjalistami i przyjął odpowiedzialność, odpowiadał za jego zdrowie.

W tej kwestii pozostaje też kwestia sposobu wynagradzania lekarza rodzinnego i trudna kwestia współpłacenia. O podstawowej opiece zdrowotnej obszerniej napiszę innym razem.

 

Jan Orgelbrand

No Comments Yet

Comments are closed

Redakcja

redakcja@miastaiogrody.pl

Wydawca

stowarzyszenie@miastaiogrody.pl

Składki i darowizny

 38116022020000000367219228 MBank