Wizjoner z Milanówka

O tej historii przypominają tylko nieliczne zachowane w Milanówku drzewa morwowe, między ul. Warszawską a Brzozową, parę rozsianych po mieście tablic, a od niedawna także niewielki mural koło poczty. Henryk Witaczek nie ma w Polsce żadnej ulicy ani najskromniejszego nawet pomnika. W naszym kraju nie stawia się ich ludziom jego fachu. Na piedestale stawiamy bohaterów, którzy walczyli z bronią w ręku, pisarzy, poetów, ewentualnie polityków. Ale przedsiębiorca…? Czym mógł się zasłużyć, poza zarabianiem pieniędzy? A u nas, gdzie obowiązuje wciąż etos romantyczny, to zajęcie raczej wstydliwe. Nic się właściwie nie zmieniło od czasów Wokulskiego.

Nazwisko bohatera powieści Prusa przytaczam tu nieprzypadkowo, gdyż tak o twórcy polskiego jedwabnictwa pisał dziennikarz i literat Stefan Krzywoszewski: „Umysłowością i charakterem przypominał Wokulskiego z „Lalki”[…]. Łączył polski romantyzm z trzeźwym zrozumieniem rzeczywistości, tkwiło w nim głębokie poczucie obywatelskiej odpowiedzialności i obowiązków.

Jako przemysłowiec był śmiałym inicjatorem i organizatorem. […] stworzył – niemal z niczego – nową gałąź przemysłu opartą na surowcu rodzimym. Źródło uczciwych dochodów dla siebie, pokaźnych zarobków dla robotników […], a dla […] rolników, podejmujących uprawę drzewek morwowych i hodowlę […] owadów jedwabniczych – zyskowny przemysł chałupniczy”. Dodajmy, że tak jak dla Wokulskiego, dla niego też ostatecznie los nie był łaskawy. Choć nie z powodu nieszczęśliwej miłości. Zawiniła jak zwykle polska historia.

Wszystko zaczęło się parę tysięcy kilometrów od Milanówka, w Tyflisie (obecnie Tbilisi). Znalazł się tam, gdyż tak jak tysiące Polaków, został w czasie I wojny światowej ewakuowany z rodziną w głąb Rosji. W Gruzji ukończył kurs jedwabnictwa i do kraju wracał z silnym postanowieniem, że będzie produkować naturalny jedwab.

Zaczął od reaktywowania w Polsce uprawy morwy i hodowli jedwabników. Młody, pełen entuzjazmu, ale bez potrzebnego kapitału, wydeptywał ścieżki do ministerstw, żeby zainteresować innowacyjną dziedziną polskie władze i uzyskać jakieś wsparcie. Proponował założenie państwowej stacji jedwabniczej, na wzór działających w innych krajach. Bezskutecznie.

Pozostało liczyć na własne siły. I tak w 1924 r. powstała Centralna Doświadczalna Stacja Jedwabnicza w Milanówku. Napływało coraz więcej surowca, czyli jedwabników, z całego kraju, rodzina złożyła się na pierwsze, drewniane (!) maszyny i niebawem produkcja ruszyła. A potem wszystko już potoczyło się bardzo szybko. Zamówienia rządowe, własne wzornictwo (w czym wielka zasługa siostry Henryka, Stanisławy, z którą tworzyli świetny tandem) i tzw. Studio Mody w Warszawie.

Milanowski jedwab stał się pożądanym towarem luksusowym na polskich salonach i balach, a przed wojną służył też do produkcji spadochronów dla lotnictwa. Witaczek był przy tym wspaniałym, dbającym o załogę pracodawcą, znał każdego i zawsze udzielał potrzebnego wsparcia.

Okres prosperity przerwała wojna, ale paradoksalnie, przyczyniła się też pośrednio do rozwoju dzieła Henryka. Kupił potajemnie pobliski majątek Żółwin od żydowskich właścicieli, którzy i tak byliby go pozbawieni na mocy okupacyjnego prawa, zostając jednocześnie jego legalnym zarządcą za wiedzą okupantów. Tam rozpoczął wielką uprawę morwy i prace badawcze nad nowymi gatunkami, a także kursy dotyczące hodowli jedwabników.

Zamówienia od Niemców pozwoliły na przetrwanie zakładu w Milanówku. Były też przykrywką dla działalności konspiracyjnej Henryka. Produkował w nich m.in. piorunian rtęci dla AK, wykorzystywany jako składnik amunicji. Zatrudniał też albo załatwiał papiery okolicznej młodzieży, chroniąc setki osób przed wywózkami na roboty. Z pomocą siostry Stanisławy w żółwińskim majątku przechowywał uchodźców z zachodniej Polski, z Kresów i ukrywających się Żydów. Udzielił gościny wielu warszawiakom, wysiedlonym po Powstaniu z płonącej stolicy. Uratował również bez wahania ewakuowany z Warszawy sierociniec Ks. Boduena, 500 osób, sieroty i personel, a potem żywił ich wszystkich, leczył i ubierał. Przychylność i przymykanie oka przez Niemców załatwiał m.in. belami jedwabiu i wódką. Pomagali też oddani mu pracownicy.

Po zakończeniu wojny zdążył jeszcze założyć 2 średnie szkoły jedwabnicze – w Milanówku i w Otmuchowie na Dolnym Śląsku. Szybko przyszło nowe i pozbawiono go wszystkiego. Stracił dzieło swojego życia, majątek, ukochany zakład, szanujących go pracowników i musiał wyjechać z Milanówka.

Jakby tego było mało, w 1951 r. władze stalinowskie skazały go na 8 lat więzienia, za rzekomą kolaborację z Niemcami. Po 2 latach wyszedł na mocy amnestii. Energia mimo wszystko go nie opuściła, a poza tym trzeba było z czegoś żyć. Jeszcze pod koniec życia jako pierwszy w Polsce uprawiał pod Mszczonowem paprykę.

W sprawach uczuciowych Henryk miał nieco więcej szczęścia niż Wokulski. Trzykrotnie żonaty, był ojcem późniejszej malarki Beaty Nehring. Zmarł w 1978 roku. Na jego grobie na Powązkach litery niemal całkiem się już zatarły, z trudem można odczytać dwa ostatnie wyrazy napisu: „CZYNIĆ DOBRZE”.

Post Scriptum: Ze stworzonym przez Witaczka polskim przemysłem jedwabniczym komunistyczna władza obeszła się łagodniej niż z jego twórcą. W Peerelu upaństwowione Zakłady Jedwabiu Naturalnego w Milanówku rozwijały się i kwitły, współpracując z najlepszymi projektantami, artystami i Modą Polską.

Bywało, że pracowały w nich całe milanowskie rodziny. W siermiężnej socjalistycznej rzeczywistości „Milanówek” to był synonim luksusu i dobrego smaku. Marka była znana jak Polska długa i szeroka. Trudno znaleźć porównywalny polski brand w dzisiejszych czasach.

Milanowski jedwab dobił dopiero import taniego surowca z Azji w latach 80. i 90. XX wieku. To już historia na inne opowiadanie.

Joanna Lewińska, JL

No Comments Yet

Comments are closed

Redakcja

redakcja@miastaiogrody.pl

Wydawca

stowarzyszenie@miastaiogrody.pl

Składki i darowizny

 38116022020000000367219228 MBank