Polska w NATO – 20 lat później

Z generałem Arturem Kołosowskim rozmawia Michał Kołak
Czy trudno zostać generałem?
Kiedy nie ma wojny, trzeba czekać, aż zwolnią się miejsca po generałach odchodzących w stan spoczynku. Wojsko to struktura hierarchiczna, zbudowana na kształt piramidy. Korpus generalski jest najmniejszy, bo znajduje się na jej szczycie. Na kilkuset podporuczników zapewne tylko jeden będzie nosić spodnie z lampasami. Reszta zatrzyma się na niższych szczeblach. Bywa i tak, że na stanowiskach generalskich długo znajdują się pułkownicy. Tak było choćby ostatnio za czasów poprzedniego ministra, kiedy prezydent odrzucał listy kandydatów, które przysyłano z MON. Trudno zresztą ukryć, że awanse generalskie często stają się kartą przetargową w politycznej rywalizacji. Jeżeli prezydent, będący jednocześnie zwierzchnikiem sił zbrojnych, pochodzi z innej rodziny politycznej niż rząd, reprezentowany przez ministra obrony narodowej, dochodzi czasem do klinczu. Każdy ośrodek władzy wspiera własnych kandydatów. To zła praktyka, bo fatalnie wpływa na morale korpusu oficerskiego, który powinien być apolityczny. Tymczasem rywalizacja ośrodków władzy sprawia, że oficerowie niejako „akredytują się”, jak to się potocznie mówi, przy małym lub dużym pałacu, czyli Belwederze lub Kancelarii Premiera. Sam byłem ofiarą takiej nieformalnej procedury. Do awansu zgłosił mnie minister, a prezydent blokował moją kandydaturę, forsując własnych kandydatów. W takich sytuacjach konieczne są negocjacje.
Ilu generałów jest w czynnej służbie?
Żaden akt prawny nie określa ich liczby. Etaty generalskie pojawiają się i znikają wraz z kolejnymi reorganizacjami wojska. Jeszcze nie tak dawno było ich stu pięćdziesięciu. Zarówno opinia publiczna, jak i Sztab Generalny, uznali, że to zbyt dużo. W kilka lat zredukowano więc korpus generalski do stu etatów. Po ostatnich wyborach parlamentarnych w wojsku nastąpiła czystka. Mamy dziś najmniej generałów w historii współczesnej polskiej armii. MON podaje oficjalnie, że jest ich siedemdziesięciu. Z tej listy trzeba jednak odliczyć tych, którzy zajmują stanowiska flagowe za granicą, pełnią funkcje jako szefowie instytucji i uczelni podległych ministerstwu, wreszcie pozostających w rezerwie kadrowej, która jest dziś poczekalnią przed wcześniejszą emeryturą. Okaże się wówczas, że w służbie operacyjnej pozostaje około czterdziestu generałów. To katastrofalnie mało. Taka sytuacja wytwarza również niebezpieczeństwo szybkiego awansu żołnierzy źle przygotowanych do pełnienia powierzonych im funkcji. Problemem jest także przewaga w korpusie generałów brygady, czyli ludzi z najnowszych awansów. W NATO musi rozmawiać równy z równym. A odpowiednikiem dla amerykańskiego generała trzygwiazdkowego jest tylko polski generał broni. Tymczasem odeszło wielu doświadczonych i wykształconych na najlepszych uczelniach dowódców. Zainwestowaliśmy z naszych podatków dziesiątki milionów złotych w ich wyszkolenie i wykształcenie. I kiedy są w pełni sił, wyrzucamy ich na emerytury. Jednocześnie kolejni polscy żołnierze byli odwoływani z delegacji do różnych służb NATO, Eurokorpusu i zagranicznych uczelni wojskowych o światowej renomie.
Jak długo trzeba służyć, by zostać generałem?
Co najmniej 20 lat. Mnie zajęło to 32 lata. Przez cały czas służby kandydaci do najwyższych stanowisk w armii są bez ustanku obserwowani i poddawani selekcji. Oficerowie największych nadziei regularnie muszą się dokształcać. Przełożeni tak ich prowadzą, by naprzemiennie służyli w sztabach i dowodzili jednostkami w polu. Korzystne jest także wysyłanie ich do dowództw międzynarodowych i instytucji NATO. Pozwala im to poznać specyfikę służby za granicą oraz nawiązać znajomości z przyszłymi dowódcami sił sojuszniczych. Dziś to już niestety tylko teoria. Z wojska zwolniono najlepiej przygotowanych dowódców, którzy dowodzili na prawdziwych wojnach w Iraku i Afganistanie. Posiedli zatem zupełnie unikatowe doświadczenie. Teraz z majora na generała można awansować w półtora roku, jak to się wydarzyło w Straży Granicznej. A szef jednej ze służb specjalnych pokonał szesnaście szczebli oficerskich w rok. To nie są dowódcy rzetelnie przygotowani do służby, lecz polityczni nominaci. Trudno się jednak dziwić, skoro w służbach mundurowych obowiązują dziś takie same zasady, jak w spółkach skarbu państwa. Skoro admirała rezerwy kierującego sekcją okrętową w Polskiej Grupie Zbrojeniowej zastąpiono przedszkolanką, to trudno się dziwić skrajnym upartyjnieniem wojska.
Zaczynał Pan karierę w Ludowym Wojsku Polskim.
Nie! Całe życie służyłem tylko w Wojsku Polskim. Nie było żadnego Ludowego Wojska Polskiego. Takiego sformułowania używano tylko w propagandzie. Podobnie jak nie było nigdy Odrodzonego Wojska Polskiego. Tych nazw władze używały powszechnie od lat pięćdziesiątych XX wieku. Chcieli w ten sposób podkreślać związek armii z panującym ustrojem. Nigdy nie były to jednak oficjalne nazwy. Nawet na bramach koszar były tylko dwa słowa: Wojsko Polskie. Można to sprawdzić na starych fotografiach. Drugą oficjalną nazwą była Siły Zbrojne Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Było to faktem, czemu trudno zaprzeczyć. Wraz ze zmianą państwowości, armia stała się Siłami Zbrojnymi Rzeczypospolitej Polskiej.
Jak wyglądała Pańska kariera wojskowa?
Po pięcioletnich studiach na Wydziale Cybernetyki w Wojskowej Akademii Technicznej dostałem przydział do ówczesnych Wojsk Obrony Powietrznej Kraju (późniejszych Wojsk Lotniczych i Obrony Powietrznej, a następnie Sił Powietrznych). Zajmowałem się głównie zautomatyzowanymi systemami dowodzenia wojsk radiotechnicznych, ale też symulatorami naprowadzania samolotów na cele i wieloma innymi obszarami. W 1999 rozpocząłem służbę w Ministerstwie Obrony Narodowej. W ostatnich latach mojej służby byłem szefem gabinetu ministra obrony narodowej i następnie dyrektorem Departamentu Kadr. Przez ostatnie dwa lata odpowiadałem za politykę personalną całego resortu obrony.
Czy pamięta pan moment, w którym dowiedział się, że Polska będzie w NATO?
Nie było takiego momentu. To był proces. Przez kilka lat po odzyskaniu niepodległości politycy szukali dla kraju nowej pozycji strategicznej. Ścierały się różne koncepcje. Pamiętamy przecież pomysł NATO-bis, który jednak umarł tak szybko, jak się narodził. Kwestia przystąpienia Polski do Sojuszu Północnoatlantyckiego dość szybko stała się obszarem porozumienia narodowego, ponad sporami partyjnymi. Jeżeli mówić o jakimkolwiek przełomie, to był nim sierpień 1991 roku, kiedy w Moskwie wydarzył się słynny pucz Janajewa skierowany przeciw Gorbaczowowi. Gdyby wówczas nie wygrał Jelcyn, na Kremlu zrobiono by wszystko dla utrzymania dawnej strefy wpływów. Polscy politycy zdali sobie wówczas sprawę ze śmiertelnego zagrożenia, jakie nam wciąż groziło. Tym bardziej że w Polsce były jeszcze wojska sowieckie. Wtedy właśnie dostaliśmy od NATO pierwsze, nieoficjalne i utrzymywane w tajemnicy, obietnice wsparcia. Chodziło głównie o osłonę polityczną, lecz nie wykluczono także demonstracji militarnej. To wówczas zapadła decyzja, że tylko Sojusz Północnoatlantycki może zagwarantować nam twarde bezpieczeństwo, dlatego czym prędzej należy do niego przystąpić. W przestrzeni publicznej przestano zadawać pytanie, „czy” wejdziemy do NATO, lecz „kiedy” to się stanie. Rozpoczęto negocjacje i przygotowania Wojska Polskiego do współdziałania z armiami aliantów. Coraz częściej odbywały się wspólne ćwiczenia. Jednostki amerykańskie, niemieckie i brytyjskie zaczęły pojawiać się na polskich poligonach. Polscy oficerowie, właśnie ci, typowani na przyszłych dowódców, zaczęli być wysyłani na studia w zachodnich uczelniach wojskowych. W 1997 roku byłem na szkoleniu w Kalifornii w Wojskowym Instytucie Zarządzania Zasobami Obrony. Wtedy, w ramach szkolenia, pojechaliśmy do Waszyngtonu i byliśmy w Pentagonie. Pamiętam, jak znalazłem się na spotkaniu z przedstawicielem Sekretarza Obrony. W mojej grupie byli tylko kursanci z Polski, Czech i Węgier. Pracownik Pentagonu przyszedł do nas ze świeżą informacją, że właśnie zapadła decyzja, że te trzy kraje zostaną przyjęte do NATO.

Jak dziś, po dwudziestu latach, ocenia Pan tamtą decyzję?
Jednoznacznie pozytywnie. Nie zmieniłem swej oceny ani o jotę. Polska leży w takim miejscu Europy, w którym nie sposób przetrwać bez solidnego wsparcia i gwarancji sojuszniczych. Bez członkostwa w NATO pozostawalibyśmy w niezdefiniowanej, szarej, strefie bezpieczeństwa. Sojusz spełnia swą funkcję odstraszającą, umieszczając jednostki w Polsce, Litwie, Łotwie i Estonii. W nadchodzących latach możemy spodziewać się przystąpienia do NATO Szwecji i Finlandii. Wówczas front północny będzie naprawdę silny. Polska musi być w sojuszach, jako kraj jesteśmy na to skazani.
Jakie zmiany były najistotniejsze?
Najważniejsza była zmiana mentalności. Do tego momentu dowódcy byli bardziej autonomiczni. Po wejściu do NATO to się zmieniło – należało uwzględnić współpracę z innymi dowódcami, zaczęto kłaść nacisk na wypracowanie decyzji. Pozornie podejmowane są przez to wolniej, ale tak jak w biznesie, tak i wojsku – decyzja podejmowana dłużej i przy współudziale większej liczby osób jest lepsza i skuteczniejsza. Oprócz tego miały miejsce bardziej oczywiste i widoczne zmiany – standardów, doktryny oraz oczywiście potencjalnego przeciwnika.
Czy nie ma obaw, że powtórzy się sytuacja z 1939 roku? Wtedy również byliśmy w sojuszach.
Były to jednak sojusze bilateralne, pozostawiające duży margines interpretacji dla rządów w Paryżu i Londynie. W ich rozumieniu wywiązali się ze zobowiązań. Wypowiedzieli przecież wojnę III Rzeszy i rozpoczęli przygotowania do ataku. Brytyjczycy ogłosili pobór do wojska i organizację Korpusu Ekspedycyjnego, a Francuzi 7 września wkroczyli do Zagłębia Saary, co kosztowało życie ponad tysiąca ich oficerów i żołnierzy. Jak wiemy, nie podjęli jednak dalszych działań wojennych, łamiąc w ten sposób aneks do francusko-polskiej konwencji wojskowej z 10 maja 1939 roku. Te decyzje srogo zemściły się potem na naszych sojusznikach. Nie zmienia to faktu, że rzeczywiście nie udzielili nam pomocy, bez żadnych konsekwencji. Z NATO jest inaczej. Pierwsza sytuacja, w której alianci nie pójdą z pomocą dla zaatakowanego członka sojuszu, oznacza jego koniec. Po prostu nikt już nie uwierzy, że NATO zdecyduje się jeszcze kiedykolwiek na wspólną obronę. Podczas ataku na World Trade Center w 2011 roku obserwowałem, jak wypracowano decyzję, o zastosowaniu artykułu 5 Traktatu Waszyngtońskiego. To jest właśnie zapis o pomocy militarnej dla zaatakowanego sojusznika. Spełnił on swoją funkcję. My jednak nie możemy całej uwagi skupiać na artykule 5, zapominając o istnieniu artykułu 3. Jeśli pierwszy mówi o „muszkieterskiej obronie – jeden za wszystkich wszyscy za jednego”, to drugi nakłada na każdego członka sojuszu obowiązek rozwijania własnych zdolności militarnych. Potrzebne są zarówno do obrony własnego terytorium w oczekiwaniu odsieczy, jak i do udzielenia pomocy zaatakowanym aliantom. Choć przymierze nie jest tylko związkiem wojskowym, lecz także organizacją polityczną, która pracuje bez ustanku na rzecz odstraszania każdego potencjalnego agresora, to nic nie zastąpi realnej siły. Żadne działania dyplomatyczne, przestrogi i groźby nie pomogą, jeżeli nie stoi za nimi realna siła wojskowa.
Czy dobrze wywiązujemy się z wymogów artykułu 3?
W ostatnich latach, a szczególnie za czasów poprzedniego ministra obrony, Wojsko Polskie w sensie personalnym, operacyjnym, jak i technicznym odnotowało zdecydowany zastój. Zresztą nie dotyczy to tylko armii, lecz całego systemu obronnego państwa. Przecież my nawet nie mamy zaktualizowanej doktryny obronnej. Dodatkowo pomijany jest polski przemysł obronny na skutek zakupów, bez offsetu, gotowego uzbrojenia w USA. W zamian urządzamy defilady, a część pieniędzy przeznaczonych na modernizację techniczną wojska przeznacza się na inne cele.

No Comments Yet

Comments are closed

Redakcja

redakcja@miastaiogrody.pl

Wydawca

stowarzyszenie@miastaiogrody.pl

Składki i darowizny

 38116022020000000367219228 MBank